Bogusiowe rozmyślania…

Bogusiowe rozmyślania, czyli latające klapki Lecha 🙂

Zapewne ktoś (nie powiem kto) napisze takie wspomnienia, że boki zrywać, ale pokrótce napiszę co czułem ja… Bogusław, Bodek, Boguś.

6:30 prawie się spóźniłem, ale dałem radę… Roberto (a tym razem Marcin) czekają na komplet – nie ma mowy o pustych przebiegach….

6:50 ruszamy… hip hip hurrra!!! Są starzy (choć wciąż młodzi) znajomi… i są nowe twarze (przynajmniej dla mnie)… Pogoda nie rozpieszcza… Pada, pochmurno i zimno i wietrznie… Ludzie podobierani w dwójki lub większe składy już myślą, co ich spotka… (na pewno nie to, co stanie się za chwilę)…

Mijamy Nadarzyn, droga w remoncie… Po prawej Sławek po lewej Lech… Nagle??? Po prawej nie ma Sławka!!! Lewituje… ale co to??? Ja też już w powietrzu!!! Sławek ma guza na głowie, ja jak już usiadłem swoimi 100 kg, poczułem na operowanym kręgosłupie, co to przeciążenie… Dobrze, że sobie języków nie odgryźliśmy… Co za PECH… Poszły poduszki czy coś tam w tylnym zawieszeniu… Nie ma dalszej jazdy… Doczłapaliśmy się do serwisu (na szczęście był niedaleko) i HURRRAAA!!! Da się naprawić… Jak się da, to się naprawi… i się naprawiło…

Z niepewnymi minami wsiedliśmy do Marcinobusa… Dalsza droga, jak zwykle nie krótka… Jedna przerwa, potem druga… i co??? Zbliżamy się do NYSY… Pogoda jakby się poprawiała… Na horyzoncie już widać góry Złote a także Rychlebske Hory, o których Prezes mówił nam na rajdzie w Pokrzywnej… Wtedy zaświtała mi myśl, żeby pod nieobecność nieocenionych Agnieszki i Jacka wziąć na siebie ciężar niesienia kaganka oświaty… Może przynudzałem, może nie (nie mnie to oceniać), ale com wiedział, tom powiedział…

Potem już tylko Złoty Stok i… LĄDEK ZDRÓJ… Dla wielu nowość, dla mnie sentymentalny powrót do przeszłości… znam tu prawie każdy kamień (za wyjątkiem tych naniesionych świeżo przez wodę)… Jeszcze tylko parę zakrętów… I widzimy Prezesa, jak ze łzami w oczach wita swoje stadko… Nas też wzruszenie ściska za gardła…

Czas na kwaterunek… Rozlokowano nas w kilku sanatoriach z przewagą Józefa… Inni są w Adamie, Wojciechu, Jerzym i Jubilacie… Pokoje jeśli chodzi o Józefa są super!!! My ze Sławkiem mamy dwójkę inni podobnie, są też trójki… czwórek nie widziałem, ale nie wszędzie byłem…

Przywitanie, uściski, pierwszy posiłek i pierwsza odprawa na której postanowiono co i jak… No i postanowiono zrobić ze mnie kierownika jednej z Ósemkowych drużyn… Cóż miałem robić… Przyjąłem tą zaszczytną funkcję… Od następnego dnia się zacznie rajdowe życie… Dziś jeszcze tylko dyskoteka… O MATKO!!! Jakie łupu-cupu nam zafundowano, to wiedzą tylko Ci co byli… My nie zdzierżyliśmy ze Sławkiem ichoduuuuuu… do ośrodka… Co działo się potem???? To może opowiedzą inni, a może ja przy następnej okazji…

Acha… Przed wieczorem zdążyłem jeszcze ze Sławkiem oprowadzić po Lądku dwie Ele… Chyba były zadowolone…

Koniec części pierwszej, ciąg dalszy nastąpi…

* * *

Lądek – Zdrój – dzień drugi, czyli pierwszy…

Pobudka bardzo miła, bo i ciepło w pokoju i nadzieje na wspaniałe przeżycia i jeszcze rzut oka za okno… Jeeeeeest, widać błękit nieba… Nie będzie chyba źle… Dalej ulga… Nie muszę się goić, bo zmieniłem image… Szybkie śniadanie, ale cóż to za śniadanie!!! KRÓLEWSKIE… Jedzenia, nie do przejedzenia… A wszak siły trzeba mieć jeszcze na sedno rajdu, czyli marsz… O MATKO, ALE PRZYNUDZAM…

Wreszcie IDZIEMY… Grupa odprawiona, wiemy, że idziemy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i do niektórych innych grup… Pierwszy plus po wczorajszej nocy… Nikt nie ma nogi w gipsie (pozdrawiamy koleżankę z Gdańska – nie raz byłaś tematem przewodnim naszych rozmów)… Ale idziemy, na początku nieśmiało, powoli jak lokomotywa Tuwima… Wiadomo – rozgrzewka… Wiem, że na Borówkową nie jest łatwo, zwłaszcza z Lutyni, ale wiem, że przy ładnej pogodzie widoki rekompensują wszystko… Schodzimy drogą z Lądka do Lutyni… Przed nami w górze widok na Bazaltowe słupy… Muszę sobie poradzić z dwiema funkcjami… Jestem kierownikiem grupy i jednocześnie przewodnikiem… Cóż za odpowiedzialność… Już nie można biec samemu jak dziki z przodu, trzeba pilnować grupy i jeszcze coś powiedzieć…

W Lutyni krótki postój przy kościele a potem marsz cudownym wąwozem… Grupa dziarsko się trzyma, zresztą mam wsparcie ze strony Kierowniczki Małgosi (Gosiu, dziękuje)… Od początku w awangardzie trzyma się młodszy z Panów Ostaszewskich, skaczący jak kozica i chłonący wiedzę całym sobą… Oj ciężko byłoby go zgubić, ale na szczęście nikt go gubić nie chce… Idziemy dalej, łąka, las… Szlak łagodnieje… Jednych wyprzedzamy my, inni wyprzedają nas, choć tych jest mniej… Po prostu mamy dobre tempo… I wreszcie jeeeeeest Borówkowa!!! 900 m n.p.m. + wieża widokowa 25,4 m, taras na wysokości 24m… Odpoczywamy, witamy znajomych SĄ… SĄ… SĄ… nasi Przyjaciele… Jacek i Agnieszka… Punkt kontrolny zaliczony…

Wszyscy odpoczywają a ja ze Sławkiem co? Liczymy okna we wieży… Jest 27… Liczymy schodki we wieży… No i pierwszy zgrzyt… Nie zgadza nam się liczba schodków… Co robić??? Liczymy jeszcze raz tym razem jaz dołu na górę, Sławek schodzi w dół… I znowu rozbieżność… W końcu JEEEEEST światło w tunelu… Dlaczego tak znacząca różnica? Ja wchodząc kroki stawiałem co drugi schodek, Sławek schodząc zaliczał każdy… Chwilka zadumy… Wyciągamy pierwiastek… Potem już tylko mediana i mamy ją… To ważna liczba Sławku – mówię… Tym możemy wygrać turniej wiedzy… Jeszcze tylko tradycyjny znak Przyjaźni Czesko – Polskiej… Dzięki Agnieszka, dobrze, że słupek znalazłem i…

Idziemy dalej, teraz już prawie tylko w dół… A tu drugi zgrzyt… Ktoś nam zafundował objazd… Schodzimy ze szlaku i idziemy na tak zwanego nosa… Grupa nadal trzyma się razie… Krystalizuje się żelazny trzon Ósemkowy… W chwilach zwątpienia miałem wsparcie moralne wszystkich, a pomocą i radą służył Mariusz… Nie było łatwo, bo niektóre grupy szły tam gdzie było szerzej, inne tam gdzie były znaki (choć akurat nie te nasze), nam przyszło, przeżywając chwile zwątpienia, natrafić na właściwą ścieżkę… Potem już tylko przyszło nam odnaleźć pieczarę zbójców, ale daliśmy radę…. Nie da się opisać dumy mojej, kiedy widziałem zachwyty innych osób urzeczonych pięknem owej pieczary… Spełnieni (mam nadzieję) w swoich oczekiwaniach wróciliśmy na piękny lądecki rynek, gdzie schłodziliśmy się piweczkiem…

Powrót do ośrodka był już tylko kwestią chwili, szybkie doprowadzenie się do porządku, posiłek i zajęcia w podgrupach… Spotkanie w pokoju 101 u Renatki i Bożenki i dla niektórych niespodzianka… Mamy już słowa piosenki… Pozwoliłem sobie na ułożenie słów kilku i ubranie tego w melodię… Liczyłem na konstruktywną debatę i się nie zawiodłem… Piosenka za długa i melodia inna… Będzie lepsza… Zdania były podzielone… Ja nie wierzyłem, że te słowa mogą pasować do innej melodii… I tu znowu nieoceniona Gosia przyszła z pomocą… To się wytnie, tu coś dopisze a tu poprawi… I O MATKO!!!! Pasuje… No to jeszcze tylko wybrać skład naszego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze” i można biec na tańce… Jaką naszą Wunderwaffe zaproponowałem dwie Gosie blondynki z pokoju 106… ale tym razem nałożono na nas obostrzenia… W zespole może być pięć osób… Chciałem zrezygnować z udziału – nie pozwolono mi… Ostatecznie skład został wybrany…

Idziemy tańczyć… Boooże… cóż to za tańce… Każdy, kto był w Muszynie i pamięta Tamtą przepiękną lustrzaną salę ma powody do narzekania… Ależ ciasnota… Albo rajdowiczów coraz więcej… Niedługo przyjdzie nam się spotykać na krakowskich błoniach… Muzyka zdecydowanie lepsza, nie wiem, nie znam się na szczegółach, ale przynajmniej słychać co grają… I tak przy pląsach zakończył się dzień drugi czyli pierwszy…

* * *

A zatem nastała noc i dzień trzeci czyli drugi w naszym Lądku… Od rana emocje, bo wiadomo, że grafik napięty. Dzisiaj ma być wszystko: konkurs strzelania ze wszystkiego (z wyjątkiem ucha może) broń krótka, broń długa, łuk, konkurs pieśni… Szkoda, że nie tańca bo silna męska reprezentacja w składzie Prezes (już teraz wiem, że potrafisz Jacku), Lech, Sławki dwa i Groszek, przy wybitnej pomocy naszych Pań (a przebierać było w czym, jedna w drugą baletnice) i bomba… Jakby za to punkty przyznawali to… WYMIATAMY… Ech, poniosła mnie fantazja troszkę… Ale pomarzyć można… Może na LXII rajdzie taniec na stałe wejdzie do konkurencji punktowanych… ???

Na czym to ja skończyłem? Acha na konkursie tańca… I jeszcze konkurs wiedzy (to przez ten konkurs nie byliśmy ze Sławkiem wczorajszego wieczoru na tańcach, a Panie tak zachęcały…), sprawdzenie książeczek GOT, legitymacji… UFFFFF… ale tego się nazbierało, a jeszcze wycieczka w góry… Z oczywistych przyczyn krótsza… Z powodu tego, że znaczna część grupy zbiera również zaliczenia najwyższych szczytów do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski dziś idziemy na Kowadło…

Kowadło… W mej głowie wracają wspomnienia… Cztery wizyty w Lądku i nie udało mi się tam dojść… Teraz skoro planujemy, to na pewno dojdziemy…!!! Z uwagi na ograniczony czas, korzystamy z pomocy Marcinobusu… Ja siedzę z przodu… Wrrrrr… Czuję na plecach wzrok grupy… Liczą, że ich nie pogubię… Ja??? Ja mam tylko taką nadzieję… Obaw za to bez liku…

Wreszcie dojeżdżamy do Stronia Śląskiego, tu powstał problem… Czy to złe oznakowanie czy też emocje spowodowały, że zabłądziliśmy… W MIEŚCIE… Jak to czytam teraz, to sam w to nie wierzę… Patrzę na mapę… Nie tu jedziemy ale damy radę… Acha!!! Guzik… Dojeżdżamy do końca drogi, bynajmniej dla samochodów… A na mapie to nie było zaznaczone… Wracamy… W prawo, w lewo… Dalej prosto i… znowu jesteśmy na drodze do Lądka Zdroju… Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł na mały sprawdzian dla grupy… Chodźcie – mówię – wrócimy i powiemy, że już byliśmy… – Schroniska i tak tam nie ma… NIEEEEEEE !!!! Ogłuszający wrzask z tyłu autokaru uświadomił mi, że grupa składa się z ludzi honorowych i nie dopuszczających do siebie myśli o oszustwie… Brawo!!! – pomyślałem… No to zawracamy i znowu próbujemy odnaleźć właściwą drogę… Znaleźliśmy drogę o szerokości ścieżki rowerowej w Warszawie i już bez przeszkód dojechaliśmy do Gierałtowa… Acha, jeśli chodzi o Gierałtów, to jak wbiłem tę nazwę w komórkę, to GPS znalazł Gierałtów… ale 400 km od nas… Tak to można polegać na nowoczesnej technologii…

Jesteśmy na miejscu, wysiadamy z autokaru… I na trasę… Piękne lasy wokół witają nas ciszą… Jest cudownie… Od razu ustala się pewna kolejność w grupie… Tu muszę wspomnieć, że o ile Młody, czyli Piotr Ostaszewski, nie odstępował na krok czołówki, to Tata Ostaszewski zamykał grupę… Mając tak potężnego mężczyznę na końcu grupy, jako przewodnik wiodący grupę, byłem spokojny… Od tyłu nie czeka nas żadna niemiła niespodzianka i nikogo nie zgubimy, jesteśmy bezpieczni… Dziękujemy Ci Pawle…

Droga można by rzec, kręta, łatwa i przyjemna… Idąc lasem nawet w upał byśmy się nie zmęczyli… Ale pojawiło się i strome podejście, na szczęście krótkie… Jakieś 100–200 metrów… I jesteśmy gdzie??? Na Sedlo Peklo 847m n.p.m. przełęcz na granicy polsko–czeskiej… Stąd w lewo można przez Przełęcz Gierałtowską wrócić do naszego Lądka, a w prawo? W prawo na Kowadło – cel naszej podróży… Oczywiście wybieramy Kowadło.

Droga już łatwa i przyjemna praktycznie cały czas granicą polsko–czeską o czym świadczą słupki graniczne… A Agnieszki nie ma… Cóż za faux pas… Agnieszko. Dwadzieścia minut można by rzec spaceru i … JESTEŚMYYYYYYYYY … Kowadło zdobyte… Nawet pogoda cieszy się z naszego sukcesu. Grupa otrzymała gratulacje od Przewodnika, Panie całuska a Panowie misia… Potem sesja zdjęciowa, każdy z osobna, każdy z każdym… I czas na słynne już ogórki. Była też kiełbaska wiejska, która w tych warunkach i po jednak niemałym wysiłku smakowała wyśmienicie. Miałem też w termosie swoją wersję herbatki po góralsku z naciskiem na po góralsku… Ale czas płynął nieubłaganie, trzeba schodzić… To już odbyło się bez problemów, jeśli nie liczyć kilku osób, które tak się zapamiętały w rozmowie (tak to potem tłumaczyły), że tam gdzie szlak i my skręciliśmy pod kątem prostym w dół, one… Poszły prosto. Na szczęście tylko na chwilkę. Postój pod szczytem już na drodze, malutki wodospadzik na rzece i schodzimy drogą w dół do Bielic. Marcin już czekał w autokarze i wracamy do Lądka…

Mnie już w głowie siedzą występ artystyczny i test wiedzy… Ojejku, co to będzie? Dzień wcześniej wieczorem ze Sławkiem zamiast ugniatać parkiet, to obłożyliśmy się mapami, przewodnikami i książkami, z monitora wujek Google pomagał jak tylko mógł… Jak już wróciliśmy, otrząsnęliśmy z siebie kurz czas nam na występy było się udać. I wtedy, właśnie tuż przed występem nastąpiła ostatnia zmiana linii melodycznej… Tylko czy to wypali???

Występy się zaczęły, Groszek z grupą miał numer 7, ekipa Gosi, w której i ja miałem zaszczyt występować, 11. Nie powiem, stres mnie zżerał, co można było poznać po trzęsącej się kartce… Szlag trafił ustalenia choreograficzne, prawie nikt się nie kiwał. Luz zachowała nasza tajna broń Małgosia blondynka, klasę pokazała Bożenka, która trzymając kartkę z tekstem przed sobą i tak śpiewała z kartki Sławka… Coś Ty tam Przyjacielu napisał na tej kartce??? A ja? Ja w trakcie śpiewania miałem wrażenie, że tylko mnie słychać i mikrofon coraz niżej i niżej brałam…

Do naszego występu moim skromnym zdaniem plasowaliśmy się w pierwszej trójce, ale do końca nie byliśmy, bo już test wiedzy się zaczynał. Zgodnie z ustaleniami byliśmy podwójnym zespołem, ja byłem pamięcią zewnętrzną dla Sławka, Sławek zaś dla mnie… Na konkursie oblałem się zimnym potem… Pytania się nie powtarzały a tu co chwila: Śnieżka, Kowadło, Karkonosze, Góry Złote, Biała Lądecka, Nysa Kłodzka, Bystrzyca Dusznicka… Matko Boska, wszystko co wiedzieliśmy już chyba wylosowane zostało… Suchość w gardle, tętno 200… I nagle czuję czyjś dotyk na kolanie… – Będzie dobrze Przyjacielu – słyszę szept. Patrzę, to Sławek dodaje mi otuchy… Jakby jakaś nowa energia we mnie wstąpiła…

Konkurs zdaliśmy na 50% możliwości, mogło być lepiej patrząc po pytaniach wcześniejszych, ale można też było dostać sześć pytań o długość linii kolejowej i w którym roku kto gdzie zakasłał w Kotlinie Kłodzkiej, co upamiętnia np. jakiś tam kamień czy tablica… Książeczki i legitymacje były już tylko formalnością… Pozostały tańce… Co się tam działo… Już niestraszna nam ciasnota była… Klasą dla wszystkich był Lechu… Kto był to widział, pełen luz i klapeczki na bosych stopach… Mówią, że złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy… A Lech??? Lechu na odwrót, bo po pewnym czasie klapeczki Lecha zaczęły żyć własnym życiem… Lechu był tam już boso, klapeczki były tu, za chwilę na odwrót… i tak cały czas. W końcu zlitowałem się nad nimi i doprowadziłem do bezpiecznej przystani, którą w tym przypadku okazały się okolice naszego stolika.

Tańcom niebyło końca, ja skończyłem koło 2-ej nad ranem… Jak okazało się dnia następnego, byli lepsi, którym zeszło się do godziny 4-ej rano (już nie na tańcach, bo te się skończyły, lecz na śpiewach)… I tak zakończył się dzień trzeci, czyli drugi…

* * *

Jakby to zaśpiewali nasi koledzy z Muszyny, zajęć było tak dużo a dzień był tak krótki, że już w nocy trzeba było napić się wódki….

Zaczął się dzień trzeci, czyli czwarty….Już poprzedniego dnia podpuszczony przez Gosię i kilka innych osób zebraliśmy drużynę Hardcoru (prawie jak drużyna Pierścienia, hahaha) i u Prezesa zgłosiliśmy chęć pójścia własną, indywidualną trasą, długą i trudną…

Prezes się długo nie zastanawiał, pozwoleństwo dał, więc rano szybkie śniadanko i zbiórka… Miało być osób 20, ostatecznie zostało 9 śmiałków + piszący te wspomnienia… Jaki plan??? Trasa przywołuje u mnie niemiłe wspomnienia, kiedy to na podobnej trasie nie ogarnąłem mocy i ledwo ledwo i to z pomocą autostopu wróciłem do Lądka…. Różnic jednak jest kilka: wtedy miałem cudowną pogodę, bezchmurne niebo, 36 stopni w cieniu, przepiękne widoki ale było nas dwoje. Teraz jest nas dziesięcioro, pogoda pochmurna więc widoki będą pewnie marne albo nie będzie ich wcale, temperatura w sam raz…..Entuzjazm za to nie mieści nam się w plecakach… Dojdziemy gdzie oczy poniosą (a w tym przypadku gdzie Bodek zaprowadzi)…

Ruszamy powoli choć zdecydowanie, na początek musimy przejść przez prawie cały Lądek a potem wzdłuż brzegów Białej Lądeckiej. Wiedząc co nas czeka później chcę jak najszybciej przejść odcinek płaski, co jednocześnie ma spowodować rozgrzanie mięśni. Mijamy po prawej stronie pieczarę (pamiętasz Jolu???), za chwilę po lewej oczyszczalnię ścieków i opuszczamy nasz Lądek. Dalej idziemy asfaltem do wsi Radochów, z przodu – a jakże – Młody. Pogoda nie rozpieszcza, było pochmurno, teraz już siąpi… Na samym początku drogi… Co będzie na szlaku? Jak doszliśmy do Radochowa to już regularnie pada… Mapy mi rozmiękają w kieszeniach spodni… Z Radochowa skręt w prawo i… Zaczyna się podejście… Nie dość, że strome, to jeszcze rozmiękłe… Nie pomaga nam to w podejściu… Co kilkadziesiąt kroków robimy przerwy na złapanie oddechu i dalej w górę… Ponoć to tylko 595 metrów nad poziomem morza, ale podejście nie jest łatwe.

Dochodzimy do kamiennych schodków w liczbie 214. Każdy schodek ma swojego fundatora, którego imię i nazwisko wyryte jest w kamieniu. Czas powoli zaciera te napisy, które dodatkowo przykrywać zaczyna mech… Pomimo tego, że wchodzimy schodkami nie jest łatwiej, tylko trudniej. Gładki kamień jest śliski jak… Mokry gładki kamień… Wreszcie mając już tętno na najwyższych obrotach wchodzimy na szczyt… (no może nie sam szczyt, bo ten kryje się wyżej, ale nie prowadzi tam żaden szlak i trzeba przedzierać się krzakami)…

Tutaj robimy przerwę, zapoznajemy się z historią kaplicy, stacji drogi krzyżowej i schodami pokutnymi… Troszkę fotek jak to zwykle bywa i ruszamy dalej tym razem w dół pośród lasu… Odprowadza nas krakanie samotnego kruka (lub któregoś z jego kuzynów). Jesteśmy na szutrówce, która w kilka minut wyprowadza nas na polanę przy jaskini Radochowskiej… Obejrzeliśmy wejście, posłuchaliśmy troszkę ciekawostek co tam jest i jak tam jest, ale ponieważ dowiedzieliśmy się, że całość wycieczki w środku to około 40 minut, zdecydowaliśmy iść dalej.

Deszcz na szczęście przestał padać… Runo leśne i same drzewa zaczęły oddawać wilgoć powietrzu. Jaką to wytwarzało aurę tajemniczości dowie się tylko ten, kto tak jak my byliśmy tam wtedy, albo obejrzy dobrej jakości zdjęcia… Znowu podejście… Doszliśmy do rozdroża, gdzie rozchodzą się szlaki niebieski i żółty… Znowu przerwa, krótka przekąska pośród ściętych i poukładanych w pryzmy pni… Kolejna sesja zdjęciowa kilka dowcipów na rozluźnienie szczęk… Kolejne strome podejście, według mojej wiedzy ograniczonej do połowy dzisiejszej trasy (bo druga połowa była inna) to przedostatnie strome podejście przed Jawornikiem Wielkim… Idziemy szlakiem żółtym, pomimo trudów podejścia kilka osób znalazło okazałe grzybki… W dniu dzisiejszym grzyby trafiają do Sławka…

Na wypłaszczeniu zaczynamy mijać grupki z naszego rajdu idące z przeciwnej strony z Orłowca… Droga łatwa jak nie wiem co, schodzimy w dół mając na celu drogę asfaltową która wiedzie ze Złotego Stoku do Lądka Zdroju. Tam kiedyś zgubiłem żółty szlaki musiałem iść asfaltem… Teraz wcześniej odnajdujemy informację o skręcaniu szlaku pod kątem prostym w lewo i dalej idziemy wąwozem albo małą kotlinką wyżłobioną przez okresowy górski potok… Jest cudownie, świeże powietrza wdziera się w nasze płuca aż żal iść dalej, bo można byłoby tutaj zostać na dłużej… Ale ja wiem, że prawdziwy sprawdzian da nam podejście pod Jawornik Wielki, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Wszystko to powoduje, że przez Przełęcz Jaworową (707m n.p.m) przebiegamy w iście sprinterskim tempie.

W biegu mówię, gdzie jesteśmy i gdzie idziemy dalej….. Prawdziwe „dalej” zaczęło się od razu po drugiej stronie szosy… Obznajomionym z historią II wojny światowej powiedzieć wystarczy, że spotkało nas to samo, co wojska niemieckie prące na Moskwę we wrześniu 1941 roku… Niewyobrażalne błocko, w którym grzęźliśmy po kostki, jak mieliśmy szczęście… Bo przy braku szczęścia można było wpaść i do kolan… Niemcy się zatrzymali… My idziemy dalej… Najlepiej mieli Ci z gatunku sikorek, czyli Młody, Sławek i dziewczęta… Ja z Pawłem musiałem się nabiedzić, by nie czekać na lepsze czasy… Zresztą nasz trud był dokumentowany na zdjęciach…

Czasami traciliśmy orientację a ciągnąć grupę po tych wertepach byłoby wielką złośliwością lub brakiem odpowiedzialności… Wtedy przychodził nam w sukurs nasz Prezes i jego słowa… „Na rozdrożu w razie wątpliwości grupa czeka a w każdą z możliwych dróg idą czujki…” Tak zrobiliśmy i się opłaciło… szybko wróciliśmy na szlak, tym razem już czerwony… Jak już podeszliśmy pod sam Jawornik Wielki, błoto się skończyło, zaczęło się podejście, strome ale już chyba ostatnie. Powoli, bo już sił nie mieliśmy tyle, co na początku parliśmy pod górę. W końcu udało się… Wypłaszczenie, rozdroże, tym razem z mapą okolic i skręt w lewo… Potem Piotr pokicał w prawo i za chwilę słychać było jego krzyk: Jakaś wieża przed nami!!! JESTEŚMY…

Jawornik Wielki to już 872 m n.p.m. W tej okolicy wyższa jest tylko Borówkowa….!!! Dochodzimy pod wieżę, niektórzy nie mają chęci wchodzić jeszcze dwa piętra wyżej po schodach… Ale zachęceni okrzykami zdumienia podjęli ten ostateczny wysiłek… Okrzyki zdumienia wbrew temu, co każdy czytający te słowa mógłby pomyśleć, nie były wywołane pięknem panoramy rozciągającej się z punktu widokowego… Wręcz przeciwnie… Widoczna była jedna mleczna ściana mgły i oparów… Dysząc i sapiąc, zgięci w pół, łapiąc powietrze jak ryby wyciągnięte z wody cieszymy się naszym sukcesem…

Cieszę się i ja, zwłaszcza, że w tym momencie pierwszy raz poczułem, że damy radę… Jest nas pełna 10-tka na wieży i wszyscy w wyśmienitej formie… Najważniejsze, że wciąż idziemy grupą, czujemy więź, nikt nikogo nie pozostawia na trasie… Dobrze. – myślę sobie… – trzeba tchnąć ducha walki w słabnące ciała… Kilka szybkich ruchów i już krąży wokół nas mój termos, a jakże z… herbatką po góralsku… Z naciskiem na po góralsku…

Niektórzy, jak Ela i Gosia od razu się wyprostowały… Druga Ela tak się rozochociła, że wypiła mi cały ocet z ogórków… Bo ogórki i kiełbaska oczywiście były też… No i nastąpił punkt kulminacyjny w tym miejscu… Parę słów o tym, co grupa by widziała… Gdyby coś widziała… Tu byśmy widzieli elektrownie wiatrowe w okolicach Otmuchowa i Paczkowa, tak troszkę bliżej Paczkowa i Kamiennika, tu bliżej znajdują się sztuczne zbiorniki wodne: Jezioro Nyskie (zwane także Jeziorem Głębinowskim) to tam najbardziej na prawo od nas, nieco bliżej Jezioro Otmuchowskie, następnie zalew Paczkowski i Jezioro Turawskie. A w ogóle to widok jest taki, jakby od Jawornika było już tylko płasko… Cała grupa kiwa ze zrozumieniem głowami, jakby herbatka mgły nagle rozwiać miała… Okej wszystko widzieli? Wszystko wiedzą?  To biegniemy teraz szybciuchno na Borówkową via Przełęcz Jawornicka… Jeszcze tylko krótki meldunek sms-em do Prezesa, gdzieśmy są i można biec…

Schodzę zatem w dół i nagle hyc… W prawo w las… Grupa w krzyk… – Gdzie idziesz Bodku? – Ja? –pytam. – Ja idę sikać, a gdzie Wy, to nie wiem, popatrzeć chcecie?… I śmieję się w kułak… Nie zauważyli jednak znaku ostrzegawczego, że szlak pod kątem prostym skręca w prawo… Cóż to było za zejście….!!! Tu w miejsce kijków maczety by się przydały!!! Tędy nikt nie szedł od kilku lat… Gałęzie smagają nas po twarzach, czasami nie widać po czym stąpamy… Czujemy się jak Janosik skaczący z kamyka na kamyk… Drużyna nam się wygina niczym wąż gigantyczny, a my wciąż w dół i w dół… Wreszcie widać coś pomiędzy gałęziami… Piękne widoki i skałki jakieś… To Przełęcz Jawornicka 738 m. n.p.m.

Szczęśliwi i wciąż nierozłączni gnamy dalej… Teraz już nie tylko w dół… Od czasu do czasu też lekko w górę… Kamienie takie, że uważać trzeba przy każdym kroku. Najgorsze dla mnie jest to, że nigdy tu nie byłem, czyli dokładnie nie wiem, ile czasu jeszcze nam zejdzie się do Borówkowej… Dopiero jak tam będę, będę na prawdę spokojny… Grupa traci siły… Na szczęście Paweł wciąż z tyłu asekuruje słabszych… Ja pilnuję Młodego, który ma niespożyte siły… Idę w awangardzie… Zaczyna brakować motywacji… – Jeszcze tylko 500 metrów – rzucam do grupy… Sam w to nie wierzę, to nadzieja poddaje mi taki pomysł…

Idziemy i idziemy… Odpoczynki coraz częstsze, oddech krótki nie pozwala na dłuższe marsze… Martwi mnie Ela… Na tle kruczoczarnych włosów jej twarz jest blada jak ściana… Nie mówię tego głośno… Dzielę się obawami tylko ze Sławkiem… – Musimy dać radę – mówi… – I damy – dopowiadam…

Wychodzi Słońce, widać błękitne niebo… Jest pięknie, wracają nam siły… Mgła się podnosi… – Będzie piękny widok z polany przed Przełęczą Lądecką – myślę sobie… Niedoczekanie nasze, znowu się chmurzy… Ale w końcu jest, jest, jest… Borówkowa…  Jesteśmy najlepsi…!!! Ale i godzina już późna… Dwa szybkie pełne oddechy i biegniemy dalej, drogę już znamy… Nawet Prezes wykazuje niepokój… Pora późna a nas nie ma… Mówimy, żeśmy na Borówkowej… – Na Borówkowej??? – To nie wracacie z Jawornika??? – Wracamy, wracamy. A jakże… Ale przez Borówkową…

Droga znowu jest prosta…wychodzimy na polanę… Widoki ??? Przecudne choć przy słabej widoczności… Co tu byłoby widać przy pięknej pogodzie… Ja to wiem, inni muszą mi uwierzyć na słowo… Pokazuję grupie Cierniaka i objaśniam gdzieśmy szli… Przełęcz Lądecka 665 m. n.p.m. Po drodze mija nas na łące stado owiec i baranów… Meczą i beczą… Aż boimy się, że może pójdą za nami do Lądka.

Z Przełęczy to już prawdziwy sprint… Mijamy Szwedzkie Szańce, potem czynną kopalnię bazaltu… Robię skrót żółtym szlakiem ścinając serpentyny drogi asfaltowej… Czujemy się jak wielbłądy na pustyni czujące wodę… Tempo wciąż wzrasta… Po lewej skocznia narciarska i wyciągi narciarskie oraz stawy hodowlane, gdzie można zjeść pyszne rybki… NARESZCIEEEEEE!!!!! Wychodzimy ulicą Brzozowa przy Jubilacie… Teraz nikt nas nie powstrzyma przed posiłkiem!!! Chodzą słuchy, że Jacek załatwił nam miłą obsługę w stołówce… I ??? Prawdę rzeczono… Jedzonko przepyśne… Pałaszowaliśmy, aż uszy się nam trzęsły… Potem na miętkich nóżkach wracamy do pokojów…

Nie tańczymy dzisiaj, nie damy rady, słaniamy się na nogach… Ale jednak prysznic zdziałał cuda… – No dobrze – myślę. Idę, ale nie tańczę… Poszliśmy… Balanga już trwała… Szybko włączyliśmy się w wir życia towarzyskiego… Wypompowani wewnętrznie czujemy satysfakcję, że daliśmy radę… Mija jakiś czas….. Tańczyłem pomimo wcześniejszych zapewnień. Teraz siedzę przy stoliku i nucę sobie pod nosem… – Co tam Przyjacielu? – słyszę. Patrzę, to Sławek mój Przyjaciel serdeczny… – Co tam? co tam? –  Ja uwielbiam go. Preeezes tu jest… I tańczył ze mną…Bo dobrze to wie, że Orły są znów w czubie rajdu…

Tak mi w duszy grało po tańcu z Prezesem…..Oj tańcownik z niego, tańcownik…. Jak go zrzucą z Prezesowania, możemy go śmiało nominować do pierwszego tancora… I też się sprawdzi. Dziś tańce trwają krócej, bo przecież jutro niektórzy za kierowców robią… I tak się stało że już po 1-ej w nocy szliśmy na leże…

Rano śniadanie szybciuchno zjeść nam trza było, bo wręczenie nagród… Dygotki mnie wzięły, że może wygraliśmy konkurs pieśni, bo to trzeba by było znowu zaśpiewać… Ale ponoć nie wygraliśmy, to troszkę spokojniejszy siedzę na widowni… Zjechali się oficjele z Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej, Komendy Głównej Policji, Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, Komisariatu Policji w Lądku Zdroju a także władze samorządowe… I w miarę jak wręczane były kolejne puchary wzrasta ciśnienie… Jedna z drużyn Ósemkowych (NASZAAAAAAA !!!!!!) zajmuje drugieeeeee miejsceeeee!!! [Ósemka II zajęła 6 miejsce, Ósemka III – 27 miejsce. Przyp. Red. :)]

Wybiegam na podest odebrać puchar i dyplom… Okolicznościowe zdjęcia i wracam szczęśliwy i dumny z drużyny… 2 miejsce na 34 bodajże zespoły to naprawdę dobry wynik, zwłaszcza, że już od kilku sezonów jesteśmy w czubie… Potem jeszcze tylko kąpiel w fontannie miejskiej w Parku Zdrojowym (szkoda, że bez Agnieszki, Agnieszko – żałuj…) Toast spełniany tymże pucharem wodą z fontanny fotki z Przyjaciółmi i pakowanie do Marcinobusu… Pożegnaniom jak zwykle nie było końca, ten z tym a tamten z tamtym… Ufff… Wyjeżdżamy…

Tęsknota dusi nas, bo tych kilkadziesiąt momentów naszego życia spędziliśmy w naprawdę sympatycznym gronie…i żal, że to tylko dwa razy do roku nas spotyka… Już kończę, bo może przynudzam…???

Krótkie resumee…

Mielismy najliczniejszą grupę, najpiękniejsze dziewczęta, rozśpiewane i tańcowne, panów niezgorszych i chodziarzy hardcorowych…

Jak Tu wracać do domu, Panie Prezesie??? 🙂

 

Epilog

Gdy już przebrzmiały echa rajdu w Lądku,

Gdy każdy się znalazł na codzienności przylądku,

Gdy chłód jesienny ostudził moc emocji,

Szczęście nieoczekiwane spadło mi w promocji.

Bodeuszu, nasz ósemkowy kronikarzu luby,

Jeśliś tak dobry jako mówią i nie chcesz mej zguby,

To po rajdowych wspomnieniach oraz czasach chluby

Spełnisz mą prośbę epilogu dając próby.

Epilogu mówisz? – zrzedła mi mina, zasmuciło serce;

Poty mnię oblały, całym jest w rozterce.

Cóż to jest epilog? Czy to potwór jaki?

Pytam Sławka, pytam Lecha – pomóżcie chłopaki.

Sławek, z rajdu znana bratnia dusza i moja podpora,

Radził łyknąć żuru i za rogi chwycić Stwora;

Gdy już siądziesz – powiedział – i pomyślisz chwilkę,

Dasz radę epilogu wymyśleć niewielką drobinkę.

Nie myśl o spotkaniu na Smoczej u Emila,

Do spotkania daleko, twórczej zaś weny wystarczy Ci chwila.

U Emila będą Orły tęgie i wdzięczne Orlice,

– Napisz Bodku słów kilka, by skraśniały nam lice.

Łatwo rzec – epilog – nasz Prezesie kochany,

I już się pobudzam, już dostaję piany,

Trzeba najpierw wiedzieć, co epilog znaczy,

Jak się dobrze sprawię, uraczę słuchaczy.

Już wiem! Znalazłem, co epilog znaczy,

To samo, co zima dla strudzonych oraczy.

Czym dla okrętu port a dla samolotu jest lotnisko.

Gdym to zrozumiał, wiedziałem. Epilogu jestem blisko.

Końcówka to epiki, może też dramatu,

Można puścić wodze fantazji i odbiec od tematu,

Zatem by nie przynudzać dłużej i położyć kolejnego rajdu zręby;

Orlice i Orły! Do zobaczenia na szlakach Szklarskiej Poręby!

A że zręby kłaść to samo znaczy, co i podwaliny,

tulcie dziewczęta chłopców, tulcie chłopcy dziewczyny,

zamiast wynurzeń starszego bądź co bądź kronikarza słuchać,

czas kupić piweczko, puścić muzę fajną, no i w pląsy ruszać.

Nie ma tu klapek Lecha, co życiem swoim żyły na parkiecie;

podczas tańców w Lądku – sami zresztą wiecie.

Ale jest Prezes, mistrz nad mistrze w tańcu,

Dobrze z nim na szlaku, dobrze przy różańcu.

Są tu Gosia, Agnieszka i inne pannice

Od samego patrzenia na nie panom płoną lice.

Czytając te słowa i ja drżę z niecierpliwości,

Czy Prezes albo Lechu nie policzą mi kości.

To już koniec mojej ciężkiej epilogu próby,

mam nadzieję nie doprowadziłem Prezesa do zguby.

Jeślim kogo pominął lub zapomniał zgoła,

Niechaj mi wybaczy brać Ósemkowego koła.

Warszawa, na dzień przed spotkaniem u Emila,

czyż na pisanie epilogu, właściwa to chwila?

Dajcież mi na dalszą twórczość przyzwolenie,

By mnie nie dopadło literackie rozwolnienie.

Bodeusz

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *