My love Serbia

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami i za trzema granicami leży państwo Serbia, a w nim pasmo górskie Golija w Górach Dynarskich, cel  naszej bajkowej wyprawy. Mimo, że wróciliśmy do naszych domów raptem tydzień temu, to wir szarej rzeczywistości wciągnął mnie na tyle głęboko, że mam wrażenie, że nasza niesamowita, kilkudniowa wyprawa w dzikich i praktycznie bezludnych górach, w zupełnie oderwanym od codzienności otoczeniu, tak naprawdę wcale się nie zdarzyła się i jest tylko wytworem wyobraźni zapracowanego człowieka z nizin, a jednak ….

veni, vidi, vici – przybyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam.

(20.08.2015 czwartek) Wyprawę rozpoczęliśmy w stolicy, od miejsca, do którego bez żadnego kłopotu trafi każdy wędrowiec, spod Pałacu Kultury. W słoneczny, letni czwartek, w porze obiadowej, po upchnięciu wszystkich uczestników i uczestniczek w liczbie 21 plus 2 kierowców oraz bagaży i zapasów w ilościach wydawałoby się niemożliwych do zabrania, wyjechaliśmy w kierunku Krakowa, gdzie wsiadło kolejne 6 osób, spragnieni przygód miłośnicy górskich szlaków. Wydawać by się mogło, że pokonanie niespełna 300 km trasy, nie będzie niosło ze sobą jakiś niespodzianek, ponieważ atrakcje czekały na nas w Serbii, ale ustanowiliśmy, jak się później okazało, nie jedyny podczas tego pobytu, rekord. Uwaga, czas przejazdu do grodu Kraka wyniósł …. 7 godzin !!! Wesoły, rozbawiony Halobus pokonywał kolejne kilometry coraz szybciej, gdyż systematycznie, ze względu na panujące wysokie temperatury, ubywały zapasy napojów i dodawały mocy nie tylko pasażerom.

(21.08.2015 piątek) Granicę węgiersko-serbską przekroczyliśmy szaroburym, zasnutym deszczem porankiem i poczułam, że wkraczamy w inny świat. Mniej znany, mniej bezpieczny i na pewno biedniejszy, ale witaj przygodo, la la la la. Już coraz bliżej, już za momencik, dojedziemy na miejsce. Jeszcze tylko 2,5 godziny i ciepłe jedzenie i ciepła herbata i ciepła woda w prysznicu. Takie było nasze marzenie po prawie 30 godzinnej podróży. Ale jak przygoda, to atrakcje muszą być. Około południa, po dość krętym i wyludnionym odcinku drogi, jakieś niespełna 100 km od celu, przy zjeździe z ronda, nagle zapadła niczym niezmącona, niepokojąca cisza. Nasz Halobus, prawdopodobnie mając dość naszych hulanek i swawoli, odmówił posłuszeństwa i …. zgasł. W ekspresowym tempie pojawiło się wiele różnych rozwiązań. Podjęto próby zatrzymania określonych pojazdów, wystarczająco dużych, ale jednak bez naczepy, aby holować nas do najbliższej stacji paliw. Niestety mijający nas kierowcy stukali w zegarki, przewracali oczami, szczerzyli zęby i jechali sobie dalej. W międzyczasie dość ofiarnie podszedł do tematu Roman, który przymierzył się nawet do własnoręcznego wzięcia na hol Halobusa, ale, no cóż, mimo wspomagania w stanie ciekłym, bezskutecznie. Tymczasem ekipa z Zielonego Domku, która pojawi się jeszcze w tej opowieści, wzięła sprawy w swoje ręce i wystarczyło by jej najdelikatniejsza przedstawicielka Dorotka machnęła tylko raz swą piękną rączką i natychmiast zatrzymała się odpowiednia ciężarówka. Kierowcy połączyli oba pojazdy i już za chwilę kontynuowaliśmy jazdę. Jeszcze tylko 2,5 godziny … Mijamy miasteczka, wioski, Zastawy, Skody, zaprzęgi konne, a na horyzoncie rysują się góry, a w nich nasza baza wypadowa w miejscowości Rudno, na wysokości 1100 m n.p.m., w okręgu Raszka. Będziemy poznawać obszar, w którym w średniowieczu rozwinęło się pierwsze państwo serbskie. Przemiła, serdeczna właścicielka rozlokowała nas w kilku domkach, których standard pozytywnie nas zaskoczył, a następnie poczęstowała prostą, ale przygotowaną z regionalnych produktów kolacją, po której żądni nieco innych atrakcji niż dotąd, czekaliśmy na nowy dzień.

(22.08.2015 sobota) Zwykle jedliśmy śniadanie ok godziny 8, a następnie wymarsz lub wyjazd i zdobywanie i smakowanie i chwytanie chwil i wzajemne poznawanie się i śmiech i pot i łzy. Pierwsza wyprawa była rozgrzewką i rozpoznaniem w terenie. Nasz Ojciec Przewodnik, któremu to zaszczytne miano nadała grupa z Międzyrzecza, doskonale ogarniał swoją trzódkę i posługując się, zdobytymi cudem mapami, przewodnikiem i nosem, wędrowaliśmy poprzez serbskie góry raczej mniej, niż więcej znakowanymi szlakami. Łagodne wzgórza porośnięte lasem, przypominające nasze bieszczadzkie połoniny, łąki, stogi siana ułożone w charakterystyczny sposób i spokój i cisza przerywana jedynie dźwiękiem krowich  dzwonków lub szczekaniem psów. Miejscowych ludzi widać niewielu i są to raczej mężczyźni w przysklepowych barach. Po jakimś czasie nasza grupa w naturalny sposób podzieliła się na batalion zwiadowczy i batalion logistyczny. Pierwsza grupa dokonała rozpoznania w terenie pod względem trudności szlaków, a druga dokonała rozpoznania w terenie pod względem warunków i jakości zaopatrzenia. Pierwsza znosząc trudy i wyzwania około 20 km trasy została powitana przez drugą w naszym punkcie zbornym, to jest przy sklepie, „chlebem i solą”, czyli salami, ostrą papryką i rakiją, która jako lokalny specjał uświetniała nasze wejścia i wspomagała osiąganie kolejnych wyzwań. Osobą, która szczególnie dbała byśmy dobrze zapamiętali ten regionalny produkt był Jarek, który przede wszystkim dał się zapamiętać z dowcipnych, układanych na gorąco, śpiewanych rymowanek o przeżytych przez naszą gromadkę przygodach. A wieczorem …. „kobiety, wino, tanieć, śpiew”, „muzyka, przyjaźń, radość, śmiech” i była zabawa i się działo i nocy było mało ….łopa! hej!, czyli dyskoteka przy muzyce z telefonu komórkowego.

(23.08.2015 niedziela) Kolejny dzień to wyprawa szlakiem monastyrów, której celem było dojście do monastyru Studenica, perły serbskiej architektury średniowiecznej w samym sercu Raszki. Szlak wiódł ścieżką przez las, w którym obficie rosną jeżyny, kolejny lokalny przysmak, który nieco spowalniał naszą grupę, gdyż nie mogliśmy się oderwać od przepysznych, słodkich owoców zjadanych prosto z krzaków. Pierwszą i jak się okazało jedyną obejrzaną w tym dniu świątynią, była ukryta w lesie maleńka kaplica św. Nikola (Nikoljaca). Przepiękne freski na ścianach i suficie, świeczki i spokój i cisza i specyficzna atmosfera skłoniła, chyba większość z nas, do krótkiej refleksji nad życiem i miejscem w jakim się znaleźliśmy. Słowa naszego hymnu „piosenka radość w nas wyzwala, la la la, lal la la la” nie pozwoliły na zbyt długą zadumę, a  więc witaj przygodo. Wyzwaniem w górach Golija było samo poruszanie się w kierunku gwarantującym osiągnięcie wyznaczonego celu w miarę przyzwoitym czasie. Ze względu na fatalne oznakowanie szlaków, olbrzymie rozbieżności między posiadanymi mapami a rzeczywistością w terenie i często mylnymi wskazówkami miejscowych, tylko dzięki doświadczeniu, determinacji i współdziałaniu naszych trzech przewodników (Artur, Robert i wspomniany Piotr), udało nam się coś konkretnego zobaczyć. Wspomniany już klasztor Studenica, na którego freskach po raz pierwszy pojawia się serbskie pismo, wpisany na listę światowego dziedzictwa ludzkości UNESCO, miał ukazać się naszym oczom, ale nie tym razem. To znaczy już mieliśmy go, zdawałoby się na wyciągnięcie ręki, ale przeszkodą nie do przejścia, tylko jak się okazało do obejścia naokoło, stanowiła stroma przepaść do dość głębokiej doliny. Musieliśmy się spory kawałek cofnąć, czego nie cierpię ponad wszystko, ale wspaniałe towarzystwo, nieustające żarty i dowcipy i słońce i relaks na polanie, gdzie solidarnie podzieliliśmy się wtarganymi na plecach przysmakami i schłodzonymi napitkami, skutecznie zrekompensowały mi niedosyt na trasie. Nieocenionym pod tym względem, jak i w każdej innej sytuacji był przygotowany zawsze i na wszystko Super Mario, który miał ze sobą „dzienną rację żywnościową żołnierza na polu walki”. Nigdy jeszcze, mielonka z puszki nie smakowała mi tak bardzo. Z kolejnych atrakcji nie można nie wspomnieć o wszędobylskich śliwkach, w sadach, ogrodach, ale i wzdłuż dróg. Soczyste, słodziutkie, po prostu sam miód. Po około 20 km wyprawie i dość nużącym powrocie, gdzie w międzyczasie podjęliśmy kolejną próbę odnalezienia kolejnej świątyni. Nawet prowadziły tam jakieś tabliczki informacyjne, ale skończyły się gdzieś w polu, co prawda z pięknym widokiem, ale nie było tam nawet śladu cerkwi. Zatem wróciliśmy do naszej gospodyni na wspaniałą obiadokolację. Po krótkiej regeneracji w spa w Zielonym Domku, czekaliśmy do północy z niespodzianką dla naszej koleżanki, która obchodziła urodziny. Piękny bukiet z okolicznych kwiatów, życzenia i wzruszenia cudownie zakończyły ten dzień.

(24.08.2015 poniedziałek) Dzisiaj wycieczka fakultatywna. Wyjechaliśmy Halobusem, prowadzonym na zmianę przez jednego z dwóch naszych, wspaniałych kierowców Roberta lub Grześka, w poszukiwaniu monastyru Sopocani (zabytek UNESCO), ruin rzymskiej twierdzy Gradine na Pazaristu (zabytek UNESCO) i do miasta Nowy Pazar. Taki był plan i nawet udało się go zrealizować, ale byłoby zbyt nudno i zwyczajnie, gdyby nie dodatkowe atrakcje, ale o tym już za chwilę. Monastyr Sopocani to jeden z najcenniejszych serbskich klasztorów w dolinie Raszki. Monastyr został ufundowany przez króla Stefana Urosza I w XIII wieku jako mauzoleum dla niego i jego rodziny. We wnętrzach freski przedstawiające sceny biblijne oraz związane z dziejami Serbii, uchodzą one za najcenniejsze w Serbii malowidła tego rodzaju. Następnie przejechaliśmy do miejsca, które przypomina Rodos, słońce, błękitne niebo, woda, parasole na tarasach i czysto i przyjemnie i wakacyjnie, ale szukamy przecież ruin rzymskiej twierdzy. Przewodnicy pytają tu, pytają tam i batalion zwiadowczy wyrusza, ale jest gorąco, żadnego oznakowania i następuje rozłam. Część batalionu zwiadowczego dołącza do batalionu logistycznego i relaksuje się pod parasolami. Ekipa z Zielonego Domku zajęła pozycje na patio z tyłu restauracji, ale podziwiając wspaniałe widoki, jednocześnie bystro rozglądała się na boki. Aż tu nagle, o niespodzianka, jakaś tablica informacyjna, ale tylko po serbsku, ale ruiny są, strzałki są , 950 m do celu jest, to chyba jednak tu jest poszukiwana przez nas atrakcja. Lotem błyskawicy przekazano informację przodownikom stada i wyruszyliśmy na szczyt. Piękne widoki, rozległa panorama, pozostałości rzymskich ruin potwierdzające potęgę sprzed wieków i przestrzeń i wolność i powietrze. Wszyscy byli zadowoleni, ale to nie był koniec niespodzianek. Otóż było nam dane, stać się naocznymi świadkami rozegranej na naszych oczach historii o zagubionej księżniczce Katarzynie uratowanej w cudowny sposób, pośród zamkowych ruin, przez dzielnego rycerza Roberta i jego wspaniałych giermków. Na szczęście, z resztą jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończyło i mogliśmy przemieścić się do kolejnego celu naszej wyprawy, to jest do średniej wielkości miasta Nowy Pazar. Jest ono położone w pobliżu granic z Czarnogórą i Kosowem, a 85% jego ludności stanowią Muzułmanie, czyli Boszniacy. Działają tu dwa państwowe uniwersytety, wydział studiów islamskich oraz jedyna w Serbii muzułmańska szkoła średnia. Na wzgórzu, który pełni obecnie rolę parku miejskiego, zobaczyliśmy pozostałości twierdzy nowopazarskiej z zachowaną basztą i fragmentami murów. Stąd grupa meczetowa skierowała swe kroki do Meczetu Lejlek z XV w., , gdzie po odpowiednim ubraniu się weszliśmy do świątyni. Na deptaku widać było kobiety ubrane w charakterystyczny muzułmański sposób, w tym także ortodoksyjne w czarnych burkach od stóp do głów.  Po tylu atrakcjach powrót do bazy. Jeszcze tylko 2,5 godziny i będziemy na miejscu. Obowiązkowo już, to tu, to tam rozbrzmiewa „La la la la …”, a wieczorem szykujemy się na przyjęcie urodzinowe Justy i Lecha. Każda z „Góromaniaczek” wystroiła się w swoje najlepsze, wieczorowe kreacje, to jest bluzy, dresy i trampki na wysokich obcasach i  udała się do naszej restauracji, by spróbować dla odmiany rakiji z arbuza. Wzruszające słowa podziękowania popłynęły z ust Lecha i nastąpiła kontynuacja tego wspaniałego wieczoru u naszych braci w wierze, tzn. u „Jehowych”. Atrakcjami uświetniającymi to wspaniałe wydarzenie była muzyka na żywo pod kierunkiem utalentowanej Eli, kabaret niemoralnego niepokoju z wiodącymi postaciami Witka i Sylwii oraz wszyscy wspaniali goście. 

(25.08.2015 wtorek) Kolejny, piękny i słoneczny poranek niósł obietnicę wspaniałego dnia. Wierni towarzysze naszych wypraw, czyli cała gromada wioskowych psów, powitała nas radośnie, gotowa na wyprawę. Nasze dzisiejsze śniadanie, zajęło zaszczytne pierwsze miejsce. Pieczone papryki, bez skórki z cudownym kleksem miejscowego przysmaku – kajmaku. Do tego obowiązkowo pyszny chleb z mąki razowej, biały owczy ser i pomidory, których aromat czuję do dziś.  Po tradycyjnej kawce w Zielonym Domku, ponownie wyruszamy na trasę. Tym razem, rozpoczynamy znanym już szlakiem kierując się na Bzowik i idziemy za naszym Ojcem Przewodnikiem w poszukiwaniu jednego z wyższych wzniesień w okolicy. Mijamy połoniny, pola, łąki, lasy, krowy i stogi, sielsko i anielsko. Niektórzy z nas, poligloci z urodzenia, nawiązują bliższe kontakty z miejscową ludnością, która jest bardzo serdeczna i przyjaźnie nastawiona do turystów, których tak naprawdę, poza nami, nie widzieliśmy. Mijamy imponujące osty, „serbską bawełnę”, podziwiamy urokliwe cmentarze, szukamy oznaczeń tras, a wszystko przy nieustającym wtórze świerszczy. W tym zachwycie, dobrze, że nie minęliśmy mega wymagającego szczytu Gola (po polsku Goły Wierch). Upsss, stanęliśmy na polanie, wśród lasu i padło hasło : to tu J, hmmmm. Spodziewałam się, że będą widoki, atrakcje, panoramy, a tu …. las. Z racji, że „piosenka radość w nas wyzwala la la la, la la la la  ….), pokropił nas jedyny podczas naszej wyprawy deszczyk i poszliśmy dalej. Minęliśmy kolejną wioskę i na skoszonej łące, pod brzózką zrobiliśmy sobie popas. I tak, jak zwykle, każdy wyciągnął pyszności do jedzenia i picia i znowu każdy z każdym …. No, ale ileż można tak siedzieć i się relaksować. Od śmiechu już rozbolał mnie brzuch, więc poszłam rozprostować kości. Weszłam jeszcze kilka kroków do góry, a tam …. przepiękny, przecudowny, oszałamiający widok. Rozległa, malownicza panorama na okoliczne góry i doliny. Pod drzewami kilka nagrobków, maleńki cmentarz. Magiczne miejsce. Ktoś kto usytuował ten cmentarz, chciał chyba, żeby zmarli mieli nieustanną możliwość podziwiania esencji piękna miejsca, w którym żyli. Myślę, że nie tylko mnie wzruszyło to miejsce, a niektórych nawet dosłownie powaliło na kolana.

(26.08.2015 środa) Jak przystało na pobyt „all inclusive”, czekała nas następna wycieczka fakultatywna, ale poprzedzona pobudką o godzinie 5.45 na wschód słońca. Troszkę zabałaganiłyśmy w Zielonym Domku i obejrzałyśmy różowiejące niebo z naszego ”tarasu”. Ale będziemy gotowe na jutro, aby powitać nowy dzień z punktu widokowego rekomendowanego przez naszego Ojca Przewodnika Piotra, który z resztą zainicjował to poranne spotkanie górskich freaków. Nasz dzisiejszy kierunek, to tym razem Góry Kopaonik, a dokładnie rozpoznanie w terenie największego w Serbii kompleksu narciarskiego, na wysokości ok. 1.700 m n.p.m. Po drodze zabieramy sympatyczną, trzyosobową ekipę ze stolicy (Kasia, Grzegorz i Jacek). Fajne przejście z rozległymi widokami i nawet maleńką ekspozycją. Ależ spokój, ależ przestrzeń, ależ wolność, ależ krajobrazy  …. cudnie. Me, me, me kopytka niosą mnieeee i dalej i wciąż, aż do …. kompleksu termalnych basenów Josanicka Banja. Słońce praży, my po przejściu około 14 km, hop w stroje i hop do basenu. Cudownie ciepła woda, super towarzystwo, chichy, śmichy i zimne piwko. Total reset. A wieczorem, znowu u „Jehowych”,  śpiewy a capella, a następnie dyskoteka pod rozgwieżdżonym niebem, na pokrytej rosą trawie, z przebojami, z jakże momentami przez niektórych tępionej komórki. Cudnie …..

(27.08.2015 czwartek) Ach, nie ma to jak dobrowolnie, bez przymusu wstawać na urlopie o godzinie, o której zwykle wstaje się do pracy … ale warto było. W porannym brzasku, ciszy i spokoju, ze ścielącej się gdzieniegdzie mgle, wyłaniały się kolejne postaci żądne głębokich doznań, pięknych przeżyć i wzruszeń. Powitanie dnia, wychylające się zza gór słońce, różowiejące niebo i nieodparte wrażenie, że jeszcze wszystko przed nami i że wszystko możemy i że wszystko jest w zasięgu naszych rąk, tylko sięgnąć – jest to niemożliwe do opisania. To po prostu trzeba przeżyć, a najlepiej w tak doborowym towarzystwie, jak mi było dane. Dziękuję. No, ale koniec tego patetycznego tonu.

„La la la la” i kolejna wycieczka fakultatywna. Nasi wspaniali kierowcy zawieźli nas do Specjalnego Rezerwatu Przyrody „Uvac”, którego głównym przedmiotem ochrony są siedliska unikatowego sępa płowego. I faktycznie, nie musieliśmy długo wędrować, by na tle niebieskiego nieba, podziwiać majestatycznie szybujące ptaki. Naszą wyprawą koroną malowniczego kanionu rzeki Uvac o bardzo skalistych zboczach, przypominającym nieco naszą rodzimą Solinę, prowadził serbski przewodnik. Zastanawiałam się, z jakiegoż to powodu towarzyszy nam na trasie. Po chwili okazało się, że gdyby nie jego obecność …. Moglibyśmy ponieść straty w ludziach. Zacytuję w tym miejscu kolegę Lecha, gdyż jego opis tej sytuacji, jest bezcenny, na długo utkwi nam w pamięci widok „… KRÓW Z BYKAMI USIŁUJĄCYMI NAS NASTRASZYĆ ORAZ REAKCJA NASZEGO OPIEKUNA SERBA, KTÓRY W ZROZUMIAŁYCH DLA NAS SŁOWACH UZNANYCH POWSZECHNIE ZA OBELŻYWE WYJAŚNIŁ ROGACIŹNIE, ŻE ZACHOWUJĄ SIĘ NIETAKTOWANIE ….”.

W palącym słońcu podziwialiśmy krajobrazy, kanion, szmaragdowy przełom rzeki, skały, goryczki, byki a w powietrzu unosiły się poza sępami, słowa naszego hymnu „Piosenka radość w nas wyzwala la la la la„. Tylko dzięki przygotowanemu na wszystko, wspaniałemu opiekunowi, naszemu Wielkiemu Paszy Mariuszowi, jedna z dziewcząt z Zielonego Domku, nie uschła na tym płaskowyżu z pragnienia. Całą wyprawę zakończyła orzeźwiająca kąpiel w zbiorniku. Wydawałoby się, że po takich przygodach, czeka nas już tylko spokojny powrót i wieczorne zajęcia w podgrupach, ale przecież należy wykorzystać każdą okazję, każdą minutkę by poznać i poczuć jak najwięcej, ponieważ nie wiadomo, czy kiedyś jeszcze będzie nam dane być w tym miejscu. Ponownie wielkie dzięki, Ojcze Przewodniku. Zatem, już w drodze powrotnej, wieczorową porą, wzięci, że tak powiem z zaskoczenia, pojechaliśmy do monastyru STUDENICA, nieosiągniętego celu poprzedniej wycieczki. Przez stulecia był ośrodkiem życia religijnego, kulturalnego i politycznego serbskiego narodu. Monastyr znajduję się zaledwie kilka kilometrów od drogi Belgrad-Mitrovica. Jego największą ozdobą jest Cerkiew Bożej Bogurodzicy, zbudowana z białego marmuru, podobnie jak późniejsza Cerkiew Królewska. Wnętrza obu świątyń zdobią freski w stylu bizantyjskim z XIII i XIV w. Cudownie urokliwe miejsce, szczególnie w promieniach zachodzącego słońca.

(28.08.2015 piątek) Ostatni dzień naszej niezwykle bogatej wyprawy. Piotr zaplanował dotarcie do wodospadów, a potem ogólny relaks na specjalnie zarezerwowanych miejscówkach na okolicznych łąkach z widokiem na góry. Na szczęście dzisiejsze śniadanie było dużo smaczniejsze od wczorajszego. Wczoraj bowiem poczęstowano nas regionalnym specjałem, wysoce energetyczną polentą, która dla większości z nas okazała się po prostu niejadalna, co spowodowało wymarsz na trasę praktycznie na głodniaka. W drodze do celu obejrzeliśmy urokliwą cerkiew z kamiennym dachem, w której znowu bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie nieudawana, szczera religijność i głęboki szacunek niektórych z nas.

Wąską ścieżką, przez ogródek …., nie nie, to było tak piosenka radość w nas wyzwala la la la la i osiągnęliśmy wodospady. Nasz szacowny Ojciec Przewodnik zanurzył swe boskie ciało w lodowatych odmętach strumienia, co by tradycji stało się zadość, po czym udaliśmy się na miejscówki. Choć nie wszyscy. Niektórzy z nas (Artur, Dorotka i autorka wspomnień), chcąc wycisnąć z życia ile się da, oddali się nieco, by po raz ostatni nasycić swe oczęta widokami gór. Z w miarę krótkiej wg planu trasy, zrobiła się pożegnalna, najdłuższa  wycieczka o długości około 33 km. Wschód słońca już był, a i zachód słońca, trochę przez przypadek, dany mi było oglądać w cudownych okolicznościach przyrody i jak zawsze we wspaniałym towarzystwie.

To była mega, mega, mega wyprawa. Pokonaliśmy na naszych kopytkach około 130 km przepięknych tras. Nie da się w tym miejscu nie wspomnieć, i znów zacytuję kolegę Lecha, że OTARLIŚMY SIĘ TEŻ NA GRANICY Z WĘGRAMI O TRAGEDIĘ LUDZI ZMUSZONYCH UCIEKAĆ ZE SWOICH DOMÓW, KRAJÓW. TRAGEDIĘ, KTÓREJ ROZMIARY PRZYBIERAJĄ NIESTETY NA SILE.

Zatem tym bardziej doceniajmy naszą codzienność i cieszmy się każdym dniem.

Dojechaliśmy do celu..:)

Jesteście wszyscy wspaniali.

Do następnego razu ….

Marta Matlakiewicz-Kułak

 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *