Ahoj serbska przygodo!

Podobno prawdziwym sensem i celem  każdej podróży są ludzie. W naszej wakacyjnej eskapadzie do Serbii brało udział 29 osób z różnych stron Polski (Białystok, Kraków, Szczecin, Poznań, Koszalin, Lubań, Międzyrzecz i oczywiście Warszawa) o odmiennych charakterach, kolejach losu, doświadczeniach. Wydawać by się mogło, iż tak duża gromada może nie odnaleźć wspólnego języka przebywając ze sobą bezustannie w odległym kraju, przez tyle dni i nocy. Stało się jednak inaczej. Ekipa okazała się zgrana i pełna niewyczerpanego entuzjazmu. Może wytłumaczeniem tego jest fakt, iż wszystkich tych wybrańców łączyło jedno: olbrzymia życzliwość i nieustająca pogoda ducha?

 

Wspomnieć bowiem trzeba, iż beztroska radość towarzyszyła nam w różnych okolicznościach, by wymienić choćby chwile, gdy doskwierał upał a trudy górskich wędrówek dawały się mocno we znaki, czy też moment, gdy po dwudziestu paru godzinach  „lekko” nużącej podróży pomimo upływu czasu ciągle i wciąż pozostawało nam jeszcze „2 i pół godziny” jazdy. Nic więc dziwnego, iż uczestnicy wyprawy czekali tylko na hasło by wspólnie, całkiem niespodziewanie zaintonować słowa zupełnie nowej, nieznanej 🙂 przyśpiewki: „Piosenka radość w nas wyzwala la, la, la la, ….”, czy też ganiać się wzdłuż stogów siana lub po prostu podskakiwać do góry (czego potwierdzeniem są m.in. zdjęcia z wyjazdu). Nie obce też tu było wspólne, wesołe biesiadowanie, gromkie śpiewy i szalone tańce pod gołym, rozgwieżdżonym niebem, przy których niepostrzeżenie przewijały się w tle następujące po sobie: zachody słońca, wschody księżyca, zachody księżyca i wschody słońca…

 

Nie ulega wątpliwości, iż miejsce do którego nas zagnało sprzyjało tak wspaniałej zabawie. Rudno (wioska w południowo- zachodniej Serbii, niedaleko granic Kosowa, położone na wysokości aż 1100 m n.p.m.) ugościło nas wspaniale. Kwatery w pięknych folklorystycznych domkach (w tym szczególnie mi miły Domek Zielony :)) pyszne miejscowe, tradycyjne jedzenie (w odrębnej kategorii należałoby może jedynie umieścić potrawę zwaną „Polentą”, której już sam widok wzbudził u niektórych uczestników wyprawy wyraźną konsternację) a także wspaniali, gościnni ludzie oraz … chmara okolicznych psów, które wnet uznały nas za „swoich” i odtąd gromadnie towarzyszyły nam we wszystkich okolicznych wędrówkach.

 

A trzeba przyznać, że wędrówek było niemało. Przemierzaliśmy w szczególności góry Golija i przepiękny Kopaonik, w tym zasługujący na miano punktu kulminacyjnego naszej eskapady Rezerwat Przyrody Uvac. Nic dziwnego, iż ten ostatni został wybrany przez wyjątkowo wymagającego sępa płowego na miejsce godne zamieszkania. Wspaniałe meandry rzeki wijącej się pośród zielonych zboczy i połyskujących białych skał to widok który sprawiał, że nie tylko okoliczne sępy, ale też „polskie Orły wraz z Przyjaciółmi”  odlatywały zachwycone w przestworza. Dodatkową atrakcją była też spontaniczna kąpiel (słońce mocno dawało się we znaki) w chłodnej toni Uvacu. Co do kąpieli to wspomnieć należy, iż ze względu na pogodę nie stroniono od dużych i małych akwenów, by wymienić choćby wizytę na termach wodnych w uzdrowisku Josanicka Banja oraz … ogródkowy basen, który bez chwili wahania zaadoptowany został na potrzeby naszej wycieczki. Wizyta w Nowym Pazarze pozwoliła nam również poczuć unikalną atmosferę bałkańskiego miasta. Kawiarniane życie przeplatające się z rozlegającym się w oddali śpiewem muezina stanowiło wyjątkowo oryginalną mozaikę. Nie obyło się też bez zwiedzania zabytków, w tym okolicznych minaretów, ruin znajdującego się na szczycie góry zamku Stary Ras, Monastyru Sopocani oraz Monastyru Studenica – średniowiecznego klasztoru, który przez długie lata był ważnym ośrodkiem życia religijnego, kulturalnego i politycznego serbskiego narodu, a w którym do dnia dzisiejszego spoczywają szczątki pierwszych królów Serbii. Poza tym były również liczne przygody….

 

Nieopatrznie rzucone na początku wyprawy wezwanie „ahoj przygodo” w pełni oddaje klimat wyjazdu. Tak więc, wymieniając tylko niektóre wydarzenia: były niespodziewanie kończące się (czasem nad samą przepaścią!) szlaki górskie, była szarża byków (do końca nie wyjaśniono, czy były one nastawione do nas przyjaźnie czy raczej bojowo), było krótkotrwałe holowanie Halobusa (momentami nawet siłą mięśni naszych dzielnych Panów:-) oraz chwile grozy zakończone szczęśliwym uratowaniem, w malowniczych ruinach zamku, pewnej naszej pięknej księżniczki (przez księcia z bajki biegającego po górach :)).  Jak widać jednak z każdej z tych opresji udało się (do tego – co należy podkreślić – z uśmiechem  na ustach)  wyjść cało, co tylko potwierdza, iż nasza serbska brygada zasłużyła w pełni na miano wyjątkowej 🙂

 

Wszystkie te okoliczności sprawiają, że nie sposób szybko zapomnieć o Serbii. Nic więc dziwnego, że pewnie niejednemu uczestnikowi wyprawy nadal coś cichutko i nieśmiało w duszy gra …. la, la, la………

DD.

 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *